nie nadam ci imienia synku
…
w tej rozmowie
zbyt szybko zakończonej
z mężczyzną całkiem już
w tej historii nieistotnym
uzgodniliśmy
że oszukamy czas o jedno istnienie
układam się do snu
lżejsza o jedno
ciche serce
nie nadam ci imienia synku
…
w tej rozmowie
zbyt szybko zakończonej
z mężczyzną całkiem już
w tej historii nieistotnym
uzgodniliśmy
że oszukamy czas o jedno istnienie
układam się do snu
lżejsza o jedno
ciche serce
nakarm swoje ego
proszę bardzo
ile chcesz razy
mogę nie patrzeć
lub patrzeć i błagać
mogę krzyczeć
mogę być tragiczna
dramatyczna
mogę być żałosna
mogę nie być
- to twoje przedstawienie
po wszystkim, jak zawsze
skrupulatnie zatrę ślady
nałożę szminkę
przeczeszę włosy
moja umiejętność zapominania
wciąż mnie zadziwia
mocno tulisz
to “nie moje” ciało
- ciii, nic się nie stało…
wierzę w Ciebie agresywnie
w każdym geście
gotowym do obrony
wierzę w Ciebie szlachetnie
dorabiając sobie ideologię
do każdego Twojego posunięcia
wierzę w Ciebie cierpliwie
ślepa na pomyłki
a gdy są zbyt natarczywe
wystarczy, że odwrócę twarz
wierzę w Ciebie
bo gdy upadasz
zawsze potem podnosisz poprzeczkę
wynoszę Cię do godności egipskich bogów
gdy kolejny raz wystawiasz
swoje ciało do walki -
w moim tańczą motyle
[!]
* kawałek jest rzecz jasna średni - łagodnie rzecz ujmując. Jest infantylny i płytki. Ale wrzuciłam go tutaj by pokazać jak ja pięknie potrafię wierzyć w mężczyzn! Ten, który obecnie jest u mojego boku, często zarzuca mi właśnie brak wiary… w Niego. Mylisz się kochany bardzo ale o tym będzie innym razem…
ehh… napisałam to dawno temu dla pewnego sportowca…
Sportowiec miał/ma na imię Marcin, choć nie mam pewności czy nadal biega… bo tak szczerze, to nie był w tym za dobry… i chyba to jest w tej historii najbardziej warte sentymentalnego wspomnienia
W środku nocy
wyrwany nagle ze snu
szeptasz
że podarujesz góry i morza
że czeka mnie piedestał
i najczystsza prawda
A ja nie wierzę w obietnice
bo pełne są zbyt łatwych słów
Może kiedyś…
gdzieś…
przypadkiem znów…
A ty na to
że tak nie można
że lata już nie te
i pusty dom
…
Głupcy zakochują się szybko
w bezmyślnym pośpiechu
i z sercem na dłoni
mówią o wieczności
zapominając
że nie każdej miłości
zegar odmierza czas
W anioły nie wierzę postanowiłam dziś
Halinko moja droga, pora nam iść
Twe wiersze mam w sercu, wolność i Jego
On czasem rozbawi, wystarczy na podróż
tańczyć nie leżeć będę i pić
mówić za dużo, nawet i tyć
będę się kochać i śmiać
chcę zapomnieć
i potem tak trwać
zapukamy - otworzą
walizki mamy dwie
zapytamy - przeproszą
i powiedzą, że nie
Historia ma początek
na Tobie i Mnie
bez żadnych obaw, dzień pachnie bzem
bose mamy stopy, ale twardy sen
Próbuję odgadnąć
dlaczego skazałeś mnie
na tego człowieka…
Obcy całkiem
kradnie mi powietrze
w tym mieszkaniu
zdecydowanie za małym
dla nas dwojga.
Rozdajesz karty
i nie pytasz o zgodę
grzeszników tłumnie
przepełniających kościoły,
klękających w pretensjach.
Jestem tu, bo boję się jego kroków
i mojej bezradności
wobec ostateczności tego rozdania
O wschodzie słońca
w godzinę przed krzykiem zegara
poranny niepokój
na ptasich piórach
przysiada za oknem
Zbudzony Twój zapach
znów wabi i przyzywa
Za nami noc miłosna
- jak przeczucie piękna
Noc, która ma ambicje
Moją złotą rybką byłeś
Listem do Świętego Mikołaja
- ale z tego się wyrasta
Dzisiaj samotność moją
przerywają twoje telefony
niecierpliwe i czułe
- niepotrzebnie…
nie jest mi Pan dany do pocałunku
bolą mnie juz palce od gaszenie świeczek
które Pan ciągle zapala
trochę zrozumienia proszę Pana
przecież mnie ta fascynacja Panem męczy
wciąż obok Pana, jak anioł z odrzuconym ciałem kobiety
może mnie Pan obdarzyć swoim smutkiem
a ja go przyjmę jak dar największy
ale niech Pan już nie zapala tej świecy
jak ja ją gaszę to ma być zgaszona
pełno mam przecież do Pana szacunku
nawet się trudzę z ta dużą literą
więc proszę
niech się Pan schowa już w swoim mieszkaniu
bo w moim jest dla nas dwojga za ciasno
zwłaszcza, że nie chce Pan sypiać ze mną
w jednym łóżku